Leszek Mazan - MOCNY CHRZĘST MUSKUŁÓW... (08.01.2005)


[Wstecz]

Mówią w Krakowie, że na wiadomość iż jubileuszową wiosną A. D 2006 Wielkie Derby Stulecia rozegrane zostaną nie na Reymonta lecz na Kałuży – Paweł Misior najpierw załkał, a potem, ocierając łzy, z okrzykiem: - Bóg tak chciał! pognał do najbliższego kościoła by dać na mszę dziękczynną. Powstrzymał go dopiero nasz kapelan, ksiądz Henryk Surma, łagodnie tłumacząc: - Dej spokój, Paweł, ja to zrobię za darmo!. . .
. . . Które to oświadczenie Paweł Misior, jak na prawdziwego krakowianina przystało, przyjął z widoczną ulgą i choć dalej się modlił – to już tylko o zwycięstwo.
Może to prawda, może nie, ale fakt jest faktem: nasz człowiek w Niebie (nie muszę chyba mówić, o kogo chodzi) załatwił nam derby w miejscu wyznaczonym przez Historię: ich gospodarzem będzie najstarszy aktualnie polski klub. Profesor Janusz Filipiak poproszony o skomentowanie tego werdyktu Pana Boga (bo nikt nie wątpi, że terminarz rozgrywek dopinany był na najwyższym szczeblu i w zasadzie wszystko przesądza) powiedział mi tylko: - Hokeiści powinni mieć mistrzostwo. - A piłkarze? – zakwiliłem. – Piłkarze? Ho, ho! Ci dopiero mają ambicje!
I tyle. Ale ja szukałem wciąż jakiegoś szerszego komentarza, który by pozwolił przekonać resztę świata do naszych praw do miejsca jubileuszowych zawodów. I – grzebiąc w starych gazetach – znalazłem...
Pewnego letniego niedzielnego wieczoru roku bodajże 1913 znany lwowski poeta, autor wielu tekstów piosenek kabaretowych Henryk Zbierzchowski wrócił do swego mieszkania na Łyczakowie wprost ze stadionu pod Wysokim Zamkiem, z meczu Pogoni lub Czarnych z Cracovią. Pan Henryk długo nie mógł sobie znaleźć miejsca: emocje były zbyt silne, a to, co z taką maestrią zademonstrowały „Pasy” nie mieściło się we lwowskich głowach. W dodatku jak plotkowano we wszystkich przeoranych zaborami ziemiach polskich, Lwów Krakowa (kompleksy!) serdecznie nie znosił. A tu taki despekt, taka przegrana! Jak oni w tym Krakowie nauczyli się tak kopać?
Pan Zbierzchowski, człowiek honoru, zamaczał pióro w kałamarzu (przypomnienie dla młodzieży pokolenia after computer: to taka buteleczka, w której trzymano kiedyś płyn do pisania – atrament) i wydarł sobie spod serca następujące rymy:
A czy znasz ty, bracie młody
Te gonitwy i zawody,
Te rozkosze i te raje
Które tylko sport nam daje? (. . . )
A czy znasz ty te wysiłki
Aby stać się panem piłki
I tak krążyć w środku pola
Aby strzelić w bramkę gola?
Piłka płynie błękitami
Niebo modre nad głowami
Tysiąc oczu lot jej śledzi
Przyjaciele i sąsiedzi
Do ostatka nikt nie zgadnie
Kto zwycięży, a kto padnie (... )
Widzisz uśmiech na swej twarzy
Którym cię natura darzy
I w muskułów mocnym chrzęście
Czujesz swej młodości szczęście!
Nazwy klubu pan Zbierzchowski nie wymienił, ale czy podobnie „mocny chrzęst muskułów” można usłyszeć gdzie indziej, jak nie u nas, na Cracovii? Czy ktoś potrafi równie intensywnie „krążyć w środku pola” jak nasz Piotr Giza czy Paweł Drumlak? A kto wyskakuje ze spodenek, by „stać się panem piłki” jak nie Marcin Cabaj? A kto uśmiecha się swym dobrym, naturalnym uśmiechem – osobliwie na olewanych przez drużynę meczach sparringowych – jak nie Wojciech Stawowy?
Im to więc dedykuję to archiwalne i archaiczne znalezisko. Niech służy za podręcznik przez cały jubileuszowy sezon.
A swoją drogą szkoda, że nigdy już nie zagramy ani z Pogonią, ani z Czarnymi...


[Wstecz]