| .Ferdynand Goetel "Nasz wielki mecz" |
|
[Wstecz] Kiedy grywałem w piłkę nożną, nie było jeszcze sławnych dziś drużyn Pogoni, Cracovii, Warty i Polonii, nie było boisk wspaniałych, nie znano pięknych kostiumów, ani nie wiedziano o prawidłach gry. Co mówię? - Nie znano słowa "mecz". Niemniej przeto graliśmy w piłkę ową z zapałem, a siwe oczy doktora Jordana, przechadzającego się po krakowskim parku zabaw, błyszczały zadowoleniem i radością, gdy taki Staszek Mól kręcił słynnego "wózka", wodząc za nos cały korowód przeciwników (...). Przecież grając w ową słynną krakowską piłkę wiedzieliśmy już to i owo o piłce angielskiej, grywanej za granicą. Uświadamiał nas o niej Mól, który od czasu do czasu dostawał skądś gazety sportowe. Raz przyniósł nawet niemiecką książkę z dokładnym opisem gry. Odczytaliśmy ją z uwagą w najgłębszym zakątku parkowym i spodobała nam się bardzo, choć nie rozumieliśmy wszystkiego. Pod wrażeniem tego dzieła założyliśmy w zakątku owym klub piłkarski. Nazwaliśmy go "VI b", bo partia nasza składała się w przeważającej części z uczniów szóstej klasy, oddziału "b", jednego z gimnazjów krakowskich. Sam Mól został prezesem klubu i kapitanem drużyny. Posiadłszy no we arkana gry, postanowiliśmy niezwłocznie rozegrać decydujące spotkanie z partią Regera, która w parku cieszyła się sławą prawie tak wielką, jak nasza. Reger ów, imieniem Benek czyli Benedykt, był tym dla partii swej, czym dla nas Mól. Gracz niezły i zawadiaka nie mniejszy, przechwalał się on, że w piłce przewyższa Mola nieporównanie. My oczywiście byliśmy odmiennego zdania. Reger strzelał co prawda ostro, potykał się w polu zażarcie, ale o sprawności, z jaką Mól przeprowadzał piłkę z jednej bramki pod drugą, nie miał najmniejszego pojęcia. Spotkania nasze z Regerem należały zawsze do największych wydarzeń w parku i, prawdę mówiąc, kończyły się zwyczajną bójką. A w bójce, niestety, miał Reger pewną nad Molem przewagę. Tym bardziej paliła nas teraz żądza zadania mu dotkliwej porażki. Poćwiczyliśmy dni parę i rozegraliśmy mecz, który przyniósł nam chlubne i niezaprzeczone zwycięstwo. Reger i jego partia zeszli z boiska zmiażdżeni raz na zawsze. Haniebna klęska 5:0 dotknęła ich do tego stopnia, iż wynieśli się nawet z parku Jordana. Czas pewien sądziliśmy, iż w ogóle przestali grać w piłkę. Tymczasem zwolennicy nasi, a była ich teraz rzesza ogromna, donieśli nam, że Reger wyniósł się tylko na błonia podmiejskie i połączywszy się tam z jakimiś andrusami "ćwiczy piłkę" od rana do wieczora. Cokolwiek jednak działoby się z Regerem, my, "VI b", zawładnęliśmy parkiem niepodzielnie. Latwe zwycięstwa, jakie odnosiliśmy teraz nad przeciwnikami, zjednały nam sławę niepokonanej drużyny, ale z drugiej strony zahamowały rozwój naszego nowego systemu gry. Po prawdzie nie trzymaliśmy się go zupełnie. Jaki taki porządek panował tylko w początku gry. Później zaś, jak kto chciał. Każdy pałał ambicją zdobycia paru bramek i porzuciwszy wyznaczone stanowisko strzelał je też rzeczywiście. nawet bramkarz, gdy mu się znudziło wystawanie na miejscu, porywał piłkę i jechał z nią aż pod bramkę przeciwnika. Mogliśmy sobie pozwolić na takie wybryki, gdyż zwycięstwo towarzyszyło nam nieodłącznie. Reger ćwiczył tymczasem za górami i lasami. Aż dnia jednego nadjechał do Krakowa amerykański cyrk Barnuma i rozbił namioty na podmiejskich błoniach. Ogromny tabor wozów, mieszczący stajnie, menażerię i inwentarz cyrkowy, mrowie ludzi kręcących się przy budowie cyrkowego namiotu, cudaczni artyści z całej kuli ziemskiej przechadzający się dokoła budowy, sam wreszcie dyrektor Barnum na koniu wspaniałym: wszystko to pochłonęło naszą uwagę tak dalece, iż, zapomniawszy o parku i piłce, dnie całe spędzaliśmy na błoniach pod cyrkiem (...). W kilka dni po przybyciu cyrku, kiedy swoim zwyczajem zgromadziliśmy się jak jeden mąż pod ogrodzeniem z świeżo wypuszczonymi żyrafami, przypadł do nas jeden z kolegów, co tchu w piersiach. * Stach - woła do Mola - barnumczycy grają w piłkę. * Gdzie? - skoczył doń Mól. * Tam, z tyłu, za namiotem! * Lecimy! - zawołaliśmy zgodnie i ponieśliśmy się jak wiatr na tyły cyrku. Za namiotem, na boisku równo wytyczonym i ogrodzonym liną, grali rzeczywiście w piłkę nożną artyści Barnuma. Ćwiczyli do jednej bramki, w której stał Murzyn ogromnego wzrostu. Do pomocy miał dwóch atletycznych Amerykanów, przeciwko sobie napad złożony z wszystkich narodowości świata (...). Nie mówiąc ani słowa stanęliśmy przy sznurze z otwartymi gębami. Było też na co patrzeć. Cyrkowcy grali niby to od niechcenia, a przecież piłka chodziła od nogi do nogi z precyzją niewypowiedzianą, a strzały, które łapał Murzyn, mogłyby zabić wołu. Zaledwie otrząsnęliśmy się z pierwszego wrażenia, uderzył nas widok inny, nie mniej niespodziewany. Oto za sznurem, po drugiej stronie boiska, stał na czele swej partii Benek Reger, przypatrując się w skupieniu grze barnumczyków. Lekceważące spojrzenia, jakie rzucał na nas od czasu do czasu, świadczyły, iż nie uszliśmy jego uwagi. * Widzisz go? - szepnąłem do Mola. * Aha! - syknął przez zęby. * Mól! - wpadłem na pomysł zuchwały - chcesz mu zrobić na złość? * No? * Wyzwij tych barnumczyków! Niech się wścieka! Mól zamyślił się, rzucił złowrogie spojrzenie na Regera, zerknął spode łba na Murzyna i pytał głosem chrapliwym: * A pójdziesz ze mną na boisko? * Pojdę - odparłem, choć duszę czułem na ramieniu. Tak przeto na oczach Regera i jego kliki wyzwaliśmy w łamanej niemczyźnie klub Barnuma w osobie kapitana, którym, jak się okazało, nie był Murzyn ogromny, ale właśnie Chińczyk maleńki. Kapitan przyjął, śmiejąc się, wyzwanie i wyznaczył mecz na jutro, o godzinie trzeciej po południu. No i cóż? Przegraliśmy sromotnie, różnicą jakiejś niesłychanej ilości bramek, 12:0, czy też 10:0 - już nie pamiętam. Ale nie pomnę, co się działo z nami od chwili, gdy padła czwarta bramka, gdy Mól stracił ochotę do gry, a my straciliśmy głowy. Krótko mówiąc, spadł na nas deszcz bramek, tym haniebniejszy, iż wszystko to działo się wobec tłumu kolegów, którzy na wieść o niezwykłym spotkaniu przybyli ławą na błonia. Tym silniej jednak zarył się w pamięci mojej wypadek, Jaki się zdarzył po meczu. W chwili mianowicie, gdy zgnębieni, poniżeni i zawstydzeni ostatecznie schodziliśmy z boiska przez żywą a milczącą bramę widzów, zastąpił nam drogę Reger. Wygląd miał groźny i poważny, a oko jego przenikliwie uderzyło w idącego na czele nas Mola. Ten przystanął, ścisnął kułaki i zmierzył go od stóp do głów, zdecydowany na wszystko. * Czego? - żachnął się na zawalidrogę. * Staszek! - odpowiedział Reger dziwnym głosem. - Dasz się tak? Staszek! - powtórzył ujmując za ramię Mola, który, oniemiały jak my wszyscy, wytrzeszczył nań oczy. Musisz ich wyzwać na rewanż. No! Opamiętaj się, Stach! Ja ci po mogę. Pokażemy im! Prawda, wiara? ogarnął nas i swoich wzrokiem rozgorzałym. W duszach naszych nastąpił zwrot nieoczekiwany. Zwartym murem stanęliśmy dokoła tego znienawidzonego przed chwilą Regera, a Mól, podniósłszy oczy zgnębione, rzucił mu się pełen zapału na szyję. * Zagramy rewanż, Benek! - zawołał drżącym głosem. * Hurra! - ryknęliśmy zapalczywie. * Hurra! - ryknął jednym głosem tłum kolegów. Za chwilę uszykowaliśmy się w pochód milczący, naczele którego kroczyli Benek i Staszek, niosąc wyzwanie do cyrku. I nikt nie ustąpił spod bram cyrkowych, zanim wodzowie nasi nie wyszli z nich z wieścią, iż rewanż jest przyjęty. Na wielkie to spotkanie wystawiliśmy drużynę złożoną z partii naszej i Regera, i ku nieopisanemu entuzjazmowi tłumów odnieśliśmy nad cyrkowcami zwycięstwo różnicą jednej bramki. Kapitan Barnuma uściskał po meczu Mola i Regera, dwu bohaterów dnia, a Murzyn wyniósł ich z boiska na własnych ramionach. Pozyskali nas tym tak bardzo, iż rozegraliśmy z nimi kilka mezców, wymieniając nawzajem graczy. Warto tu wspomnieć, iż kasjer obdarzył nas przy tym całą paczką bezpłatnych biletów do cyrku. Zaś w tydzień po odjeździe Barnuma założyliśmy prawdziwy już klub piłkarski, który powstał ze zlania partii Regera z nasza. Mól i Reger byli naturalnie głównymi klubu ostojami. |